Skórzane portfele robione ręcznie: jak przetrwała fabryka z Walsall
W Walsall w środkowej Anglii wciąż działa fabryka, w której portfele, etui na cygara i smycze dla psów powstają niemal w całości ręcznie. Firma Ettinger stawia na trwałość i rzemiosło, a młodsi klienci coraz chętniej za to płacą, choć brakuje ludzi do pracy.
28 elementów jednego portfela
Na jeden portfel Ettinger składa się 28 skórzanych części. Wycina się je prasą hydrauliczną, a ich brzegi tzw. skiverem, czyli maszyną do ścieniania skóry. Potem elementy są sklejane pędzlem, wywijane do środka i zszywane na maszynie. Na końcu każdy wyrób jest sprawdzany, przycinany skalpelem i nożyczkami, polerowany i pakowany w bibułkę.
Zdaniem prezesa firmy, Roberta Ettingera, nie da się tego zautomatyzować. Jak mówi: „You can’t bring in robots.” W fabryce pracuje około 20 osób, głównie kobiet, a kilka kolejnych szyje w domu. Marka została założona w 1934 roku przez jego ojca, który uciekł z nazistowskich Niemiec przez Paryż. Dziś ma królewskie certyfikaty dostawcy dworu, także od króla Karola III i królowej Kamilli.
Najlepiej sprzedaje się nadal portfel, ale w ofercie są też pojemniki na tabletki, ramki na zdjęcia i akcesoria dla właścicieli psów. Wszystko można ozdobić inicjałami. Torba z licznych linii marki kosztuje niespełna 800 funtów, czyli wyraźnie mniej niż ponad 2000 funtów, które żądają największe domy mody.
Miasto, które żyło ze skóry
Walsall zajmuje się obróbką skóry od średniowiecza. Początkowo robiono tu przede wszystkim siodła, a pod koniec XIX wieku działało w mieście ponad 100 firm. Gdy konie przestały być codziennością, fabryki przestawiły się na siodełka rowerowe, tapicerkę samochodową, torby, rękawiczki i portmonetki. W 1970 roku miasto miało jeszcze około 50 producentów i wytwarzało mniej więcej połowę brytyjskich galanterii skórzanych.
Dziś zostało ich zaledwie kilku. Gary Billingham, który pracuje w fabryce od lat 80., wspomina, że w książce telefonicznej wymieniano wówczas trzy strony zakładów skórzanych w regionie. W całej Wielkiej Brytanii w branży pracuje obecnie około 7 tysięcy osób, a 30 lat temu było ich 37 tysięcy. Zamknięte jest nawet miejskie muzeum skóry, a plany jego przeniesienia budzą spory.
Moda na rzeczy, które służą latami
Robert Ettinger nigdy poważnie nie myślał o przeniesieniu produkcji za granicę. Uważa, że przy zakupach z Dalekiego Wschodu liczy się już tylko cena. Teraz ta strategia się opłaca: sprzedaż internetowa wzrosła o 30% w porównaniu z rokiem ubiegłym, a sprzedaż w Wielkiej Brytanii o jedną piątą, także wśród klientów po dwudziestce. Portfel czy portmonetka kosztują 200–300 funtów, a według prezesa wytrzymują 15–20 lat i można je naprawić.
Problemem jest brak następców. Załoga ma od 40 do 60 lat, a absolwenci miejscowego centrum szkolenia skórzanego częściej trafiają do tapicerstwa samochodowego lub siodlarstwa. Billingham przyznaje, że przyjęcie pięciu–dziesięciu osób byłoby wspaniałe, ale „ich po prostu nie ma”. Ettinger wskazuje na system kształcenia w Europie kontynentalnej, gdzie po kilkuletniej nauce zawodu i egzaminach można zostać mistrzem.
Co to oznacza dla polskiego czytelnika
Dla klientów w Polsce to przede wszystkim przykład trendu, który widać także u nas: część kupujących woli wydać więcej na rzecz, którą da się naprawić, niż co kilka miesięcy wymieniać tańszy zamiennik. Przy zakupach bezpośrednio od brytyjskich marek trzeba pamiętać, że po brexicie mogą dojść cła, podatki i opłaty za dostawę, więc ostateczna cena bywa wyższa niż na stronie sklepu.
Podobne wyzwania ma też polskie rzemiosło: brak następców i trudności z pozyskaniem uczniów. U nas działają szkoły branżowe, a w rzemiośle można zdobyć tytuł mistrza, ale to, jak dobrze takie ścieżki działają w poszczególnych branżach, jest osobnym tematem. Historia z Walsall pokazuje, że nawet dobrze prosperująca niszowa firma może mieć kłopot ze znalezieniem ludzi, którzy przejmą jej umiejętności.
Źródło: The Guardian – „‘You can’t bring in robots’: the leather firm handmaking everything from wallets to cigar cases”
